Blog > Komentarze do wpisu
Szkło

Jak już wspomniałam w poprzedniej notce, opiekuję się teraz domem rodziców przez dwa tygodnie. Mam podlewać kwiatki (i pomidory!), wietrzyć, wystawiać śmieci przed dom, itd. A także zająć się szkłem.

Szkło to dwie płyty, co do których moi rodzice mają wielkie plany. Chcą mianowicie zlecić na nich namalowanie czegoś (kwiatów chyba) i powiesić następnie przy oknach na parterze - żeby nie wystawiać się na spojrzenia z ulicy, a uniknąć rolet. Pomysł ciekawy i oryginalny. A także dość skomplikowany logistycznie. Potrzebne są dwa elementy: szkło oraz artyst(k)a. Szkło imputuje element trzeci, czyli szklarza. Pozostają do rozwiązanie kwestie logistyczne, i tu właśnie wkraczam ja.

Tata szkło zamówił, szklarz wymierzył i wykonał. Umówili się na dostawę do domu. W tym momencie pojawiają się plany wakacyjne rodziców, którzy wyjeżdżają na rowery. Ponieważ najlepiej by było, aby pomysł od realizacji był jak najmniej oddalony czasowo, rolę przekaźnika przejmuję ja. Mam w poniedziałek czekać na szklarza, zapłacić mu i zaraz po odbiorze dzwonić do artystki, aby wpadła odebrać materiał twórczy.

W poniedziałek po południu chodzę nerwowo po domu. Przed wyjazdem do Poznania, gdzie mam następnego dnia od rana plany, powstrzymuje mnie tylko zapowiedziana wizyta szklarza. Zmęczona chodzeniem, dzwonię na podany numer. Głos męski w słuchawce jest nieludzko zdumiony i mówi, że szkło leży u nich już zrobione już z dobry tydzień, na konkretny dzień dostawy się nie umawiał, a już na pewno nie będzie to dzisiaj, gdyż "są" jeszcze na urlopie. Klnąc w duchu wszelką organizację, życzę mu miłej reszty urlopu i obiecuję zadzwonić w środę po 12. Wyraźnie zaskoczony głos męski dziękuje, obniżając lekko tembr.

W środę po południu ja pracuję, ale i tak usiłuję się ponownie dodzwonić przed pracy rozpoczęciem, tj. przed 16. Numer nie odpowiada, dzwoni do mnie za to w czasie lekcji. Oczywiście nie odbieram. Dzwonię za to po skończeniu, tj. koło 18.30. Głos męski można określić tylko jako zaspany. Nie spał od dwóch nocy, zwierza mi się. Mam zadzwonić jutro, bo on teraz z tej rozmowy nic nie będzie pamiętał. Nieco zaskoczona tempem, z jakim drobni przedsiębiorcy wracają do pracy po urlopie, umawiam się na telefon w czwartek o 13. Życzę mu grzecznie dobrej nocy, znów w odpowiedzi uzyskując coś w rodzaju pomruku.

Dziś o 13 wreszcie udało się umówić na dostarczenie płyt. Głos męski w słuchawce poprosił mnie najpierw o opisanie drogi na Gołębią. Wysilam moją wiedzę topograficzną i pamięć, udzielam maksymalnie precyzyjnych informacji, po czym zostaję zbita z pantałyku uspokajającym w zamierzeniu stwierdzeniem "A, to wiem, tam gdzie szpital". Macham rozpaczliwie rękami w sposób wyczuwalny nawet przez telefon i tłumaczę jeszcze raz, że szpital to zaiste po drugiej stronie miasteczka... "Aha", mówi głos męski, ale i to mnie nie uspokaja po wpadce ze szpitalem, i w oczekiwaniu na zagubiony telefon przygotowuję sobie mapę okolicy na tzw. podorędziu. Jednak ku mojemu zaskoczeniu następny komunikat od pana brzmi: "No, jestem na Gołębiej. Jaki to był numer?".

Głos męski nosił ciemne okulary. Wniósł płyty do domu, jeszcze mi w komórce pokazał dokładnie w mailu, ile mam mu zapłacić, skasował wyznaczoną kwotę i pojechał. Na pożegnanie on z kolei życzył mi miłego wieczoru, znowu obniżając tembr.

Reasumując, mam nadzieję, że artystka, która zapowiedziała się na jutro, okaże się bardziej ogarnięta. I pozostanę już pewnie z wątpliwością, czy pan ma po prostu taką manierę rozmowy, czy też był to flirt telefoniczny ;)

czwartek, 04 sierpnia 2011, angaya