poniedziałek, 08 lutego 2010
Avatar

Tytuł niezbyt oryginalny, ale cóż zrobić... Wybraliśmy się wczoraj wieczorem na to właśnie dzieło, mimo horrendalnej ceny biletu. Skład: troje Włochów, dwóch Słowaków i ja. No i co można powiedzieć... Pewne zbieżności z Pocahontas widzę, aczkolwiek zakończenie zasadniczo oddala ten kontekst. W ogóle muszę przyznać, że nie spodziewałam się aż tak szczęśliwego finału, bez de facto żadnej refleksji nad czynami bohatera. Ja jednak zwróciłabym uwagę na finałowe słowa demonicznego generała o zdradzie własnej rasy i o problemie z tożsamością. To mi się wydaje nie do końca dograne. Poza tym kilka luźnych uwag:

- uczulona przez notkę Mari, też zwróciłam uwagę na wodospady na latających górach. No bo ja was prosze, panie dzieju :)

- Sigourney Weaver paląca sobie spokojnie papierosa w laboratorium?

- i, trzecie i najważniejsze: kto do licha wpadł na pomysł, żeby znowu zabierać w kosmos Sigourney Weaver?! To się nie mogło dla ludzi dobrze skończyć...

Ogólnie, co do nowych technologii: faktycznie, robi wrażenie. Chociaż jak sobie przypominam np. nowozelandzkie krajobrazy z "Władcy Pierścieni", to mnie jednak one odrobinę bardziej chwytały... Coś w nich było takiego, czego nie zapewniły mi kolorowe pterodaktyle z Pandory. Lecz przyznaję, że odruchowo uskoczyłam przed puszką z gazem lecącą perfidnie w moją stronę :)

Pamiętam, jak w Poznaniu poszliśmy z Tomkiem do IMAXu, na "Prehistoryczne stwory morskich głębin" czy coś w tym stylu. Mogę przysiąc, że taka mała latająca rybka wpadła mi wtedy do kawy :)

Mam tylko nadzieję, że w niedalekiej przyszłości ktoś zrobi coś z filmami 3D, żeby nie trzeba było zakładać tych okularów... To jest dyskryminacja ludzi w okularach, a reszta ludzkości i tak musi cały czas je trzymać, żeby nie spadły... Howgh!

sobota, 06 lutego 2010
Pytania

Jest taki rodzaj pytań, którego każdego doprowadzają do szału. Zwykle następują po przywitaniach i prezentacjach. "A ty skąd jesteś? Z Polski, tak? A z jakiego miasta?" to wstęp. Potem następuje chwila zamyślenia, groźny błysk w oczach i PYTANIE: "A znasz może...?". Odpowiedzią na to jest zwykle wysilony uśmiech, zaprzeczenie głową i powstrzymywanie się od wrzasku: "Nie, do stu beczek wielorybów, moje miasto ma 600 tysięcy mieszkańców!".

Chyba z powyższe reflekcji widać, że ja osobiście uważam, że w dobrym tonie jest powstrzymanie się od takich pytań. Tym niemniej, wczoraj wywiązała się dyskusja między świeżo przybyłą Słowenką, dwoma Słowakami i mną. Mowa była o tym, że Słowenia to taki mały kraj, i że żaden obcokrajowiec nie mówi po słoweńsku, i że trudno ich spotkać poza krajem... I tu nie wytrzymałam. Zagadnęłam półżartem, że jeśli to taki mały kraj, to może koleżanka zna taką jedną Słowenkę, którą poznałam na workcampie półtora roku temu...

Powiedziałam imię i nazwisko, dodałam w ramacj infrmacji dodatkowej, że jest modelką. I tu czekał mnie widok niespodziewany, bo koleżance otworzyły się szeroko oczy i powiedziała: "O matko, chyba ją znam"... Wymieniłyśmy jeszcze parę inych informacji o Lizie, czekamy na potwierdzenie facebookowe.

Wniosek: Słowenia to naprawdę mały kraj :)

piątek, 05 lutego 2010
Po egzaminach

Wreszcie... W środę napisałam ostatni, i nawet myślę, że dobrze (chociaż ze składnią nigdy nie byłyśmy w jakoś przesadnie dobrych stosunkach). Z kolei dzisiaj profesor z literatury nakazał nam przyjść po wyniki egzaminu i pracy. Wspinam się zatem na wyżyny piątego piętra, a tam chaos - wszyscy się pakują, jakby mieli zaplanowane co namniej malowanie generalne całego piętra. No ale nic, pan, ku mojemu wielkiemu zdumieniu, ocenił moją wymęczoną pracę na 9/10 (taką tu mają skalę ocen), a egzamin na 6,5. Ale to był ten trzygodzinny, na który nia miałam ksiażek... Więc i tak jest radośnie :)

A Dział Współpracy z Zagranicą już mi uzupełnil konto, co jest bardzo miłe. Od razu zaszalałam i kupiłam sobie melona w Mercadonie :D

Z wiadomości smutnych: Artura jak nie było, tak nie ma. Sama jestem w domu od tygodnia, i zaczyna mi odbijać powoli. Od wczoraj wznowiłam sudoku, a epizody Scrubsów dostępne na yt skończyły się po piątej serii... Jedyny ratunek widzę w wyprawie z siatka do biblioteki, co też niechybnie uczynię niedługo :)

Czytam: "El tiempo de silencio" by Luis Martin-Santos. Książkę tę czytaliśmy po polsku na pierwszym roku, w ramach przedmiotu "Współczesna literatura hiszpańska", który to przedmiot z powodu naszej ówczesnej nieznajomości języka zyskał podtytuł: "...przetłumaczona na polski". "Czas milczenia" był wtedy książką, której tłumaczenie zasługiwało według pani doktor na najwyższe potepienie, a mnie zawsze korciło, żeby to sprawdzić... Więc czytam, choć cięzkie. Ale sąd o tłumaczeniu potwierdzam :) Tak, hispaniści, pożyczę po powrocie :)

wtorek, 02 lutego 2010
Wracając z biblioteki

7 godzin w bibliotece, wczytując się w książki o hiszpańskiej składni na jutrzejszy egzamin. Godzina 17.30, wracamy... Wąska uliczka, kamiennymi schodami w dół, w dół, a na małym wycinku nieba promienie zachodzącego słońca, z ostatnią żarliwością. Nie wyszłoby na zdjęciu, zbyt duży kontrast. Zatrzymuje się samochód, trzy panie z francuskim akcentem pytają po hiszpańsku o sklep Desigual, nie chce mi się myśleć po francusku, wyjaśniam po hiszpańsku. Z naprzeciwka idzie Mariona: zdejmuje słuchawki, uśmiecha się, właśnie idzie na egzamin z hiszpańskiego Siglo de Oro, współczuję jej szczerze, ona mi jutrzejszej składni. Do bankomatu na Ramblę – przede mną ojciec ze śmieszną małą dziewczynką, podskakującą i piszczącą. Po wyciągnięciu pieniędzy na czynsz na koncie zostaje 4 euro, mam szczerą nadzieję, że zgodnie z zapewnieniami pani z UAMu dostanę drugą połowę stypendium najpóźniej w przyszłym tygodniu... Na Rambli nie ma ruchu, nawet ptaki nie wrzeszczą, tylko grupki nastolatków w za dużych butach i z za nisko wiszącymi plecakami wracają z lekcji. W piekarni jak zwykle kolejka, ciastka usmiechają się zza szyby... Mijam. Myślę sobie, o co chodziło z tym podziałem czasowników, dobrze by było napisać do Bena, on już ten egzamin pisał tydzień temu... Jestem w połowie ulicy, z naprzeciwka idzie Ben, nie mogę uwierzyć we własne szczęście. Ma notatki przy sobie, stajemy na środku ulicy i dostaję wiedzę w lekkostrawnej pigułce i radę, żeby jeszcze napisać do profesora dla pewności, bo nigdy nie jest za późno. Napisałam przed tą notką, może jeszcze dzisiaj odpowie.

Mercadona, wstępuję, bo muszę czymś jutro zmotywować dzieci, żeby się rano wyjątkowo pospieszyły, egzamin o 9. Jakieś dwa tanie batoniki, dla siebie nie kupuję nic, mam w torbie jabłko, a w domu marchewkę, i już mnie cieszy myśl o surówce. W wejściu do mojej klatki schodowej stoi młoda, wysmukła kobieta w długiej, ciepłej, jasnobrązowej szacie, ma nieco ciemniejszą chustę i jeszcze ciemniejsze, wielkie, smutne oczy. Na tle jasnej ściany przywodzi na myśl tę dziewczynę ze zdjęcia National Geographic. Zastygam na chwilę, żałuję, że nie mam aparatu. Na zakręcie schodów siedzi jakiś człowiek, bardzo przeprasza, kiedy słyszy mój lekki okrzyk zaskoczenia. Zamykam drzwi za sobą, spokój: Arturo jeszcze w domu rodziców. Włączam komputer.

niedziela, 31 stycznia 2010
Què cazzo és això?

...czyli weekend towarzyski. Okres sesyjno-posesyjny to także czas wymiany erasmusów: ci wyjeżdżają, ci przyjeżdżają, a wszyscy chcą to czcić imprezami. Smutno trochę: Karolina wyjechała wczoraj, Ania jedzie dzisiaj... Przy okazji uprawiają karkołomną politykę pakowania, sposobów na to co niemiara. Wymogi bagażowe Ryanaira każda z nas potrafi wyrecytować obudzona w środku nocy, jak również ceny wysyłania paczek pocztą, względnie zasady przewozu tychże rejsowym autokarem. Generalnie, nijak to się ma do zasady swobodnego przepływu towarów, i ja na przykład dostałam wczoraj od Karo w spadku trzy pary butów, parasol, trzy kremy, prześcieradło i sporo bluzek :)

Z drugiej strony, przybyły nowe Erasmusy, większość, z niewiadomych powodów, z Francji (w pierwszym rzucie przewagę mieli Włosi). Czujemy się, z resztą tych, co są cały rok, jakbysmy znwu zaczynali stypendium ("Cześć, jak masz na imię? A skad jesteś? Co studiujesz? Aha, tak, ja przyjechałam we wrześniu i nie, nie chodzę z wami na podstawowy kurs katalońskiego"). Ale fun :)

Z drobiazgów: pada i lekko szarawo. :/ Z drugiej strony, może i przed poludniem świeciło słońce, ale nie wiem, bo spałam strasznie długo :)

Tytuł notki: siedzimy w mieszkaniu Włochów, pijąc z nimi Żubrówkę, w ostatni wieczór Karoliny, aż tu nagla Costa wygłasza taki własnie komentarz... W tłumaczeniu będzie to "co to do diabła jest", chociaż składniowo bardziej angielskie "what the hell is it". Teraz, w czym tkwi dowcip. "Cazzo" [kacco] to najczęstsze włoskie przekleństwo, "que es aixo" [ke es aiszo] jest natomiast po katalońsku. Coście udało się złożyć w jedno dwie najbardziej popularne frazy Erasmusa :)

sobota, 30 stycznia 2010
Pamiętajcie o ogrodach

A to niewinna zabawa muzyczno-blogowa, zapoczątkowana zdaje się przez Mari. Należy wrzucić na listę odtwarzania całą muzykę z komputera, a następnie, za pomocą opcji shuffle, odpowiadać tytułami na kolejne pytania... Oto moje wyniki:

1. If someone says, “Is this okay?” You say? Stop, Look, Listen to Your Heart (Diana Ross)

2. How would you describe yourself? Love and Marigolds (Mychael Danna)

3. What do you like in a guy/girl? Bridge Over Troubled Water (Simon & Garfunkel)

4. How do you feel today? Corren (Gossos)

5. What is your life’s purpose? Uninvited (Alanis Morissette)

6. What’s you’re life’s motto? Dafino Vino (Kroke)

7. What do your friends think of you? Chiquito (Al di Meola) :-))

8. What do you think of your parents? Quente (Trio Mafua)

9. What do you think about very often? El Oasis de los Dioses (Ketama) (oj, tak...)

10. What is 2 + 2? Més Lluny (Gossos)

11. What do you think of your best friend? Maybellene (Chuck Berry)

12. What do you think of the person you like? Roxie (Renee Zellweger)

13. What is your life story? Razzle Dazzle Them (Richard Gere) (my personal favourite)

14. What do you want to be when you grow up? Cuba (Gibson Brothers)

15. What do you think of when you see the person you like? Non, Je Ne Regrette Rien (Edith Piaf)

16. What will you dance to at your wedding? How Long Has This Been Going On? (Carmen McRae)

17. What will they play at your funeral? Igualita que Eva Harrington (Alberto Iglesias)

18. What is your biggest fear? La Falsa Moneda (Concha Buika) (bo ja taka zainteresowana rynkami walutowymi jestem, tylko tego nie okazuję)

19. What is your biggest secret? Passion, Grace and Fire (Paco de Lucia) :D

20. What will you post this as? Pamiętajcie o ogrodach...

środa, 27 stycznia 2010
Jak to nigdy nie wiadomo...

Ja tak ostatni codziennie, ale to jest związane ze stopniowym zrzucaniem ciężatów sesyjnych. Dzisiaj, zamiast przyjemnego odpowiadania na pytania z literatury, weszłam do sali, a tam wszyscy z książkami... "A co, nie wiedziałaś? Trzeba było lektury przynieść, bo będą pytania o cytaty..." Grrr....  Na szczęście biblioteka była otwarta, ale już oczywiście zostały nie te wydania, co trzeba, bez ważnych prologów, itp. itd. Na szczęście (wiadomo, kto je ma) dobre koleżanki pomogły. Ale i tak nie siedziałam tam w radosnym nastroju, bo tak bez swojego egzemplarza z notatkami, to połowa wartości na nic... A przecież i w "Incerta gloria" i w "El carrer de les Camelies" notatki i zaznaczki miałam wzorcowe, bo Zosia pisała na podstawie pierwszej magisterke, a ja na podstawie drugiej licencjat. Do tego jeszcze zamiast miłej i wygodnej półtoragodzinki, profesor dał nam stronę A4 z pytaniami i zapowiedział, że na pięc pytań musimy odpowiedzieć na cztery... i że mamy na to 3 godziny.

Tak się tym szaleństwem czasowym przejęłam, że nad pierwszym pytaniem się ładnie rozpisałam... Po czym spojrzałam na zegarek i minęła godzina. To reszta już zgola inną kaligrafią została napisana...

Z innych newsów: nie mogę być spiskowcem. Jak wczoraj wieczorem przytaszczyłyśmy na carrer del Carme Kasiową walizę, to Mariona jeszcze była... No więc już musiałam wytłumaczyć, co i jak. Spojrzała nieufnie, ale powiedziała, że OK. Natomiast pół godziny po jej wyjściu zadzwonił Miguel i dostałam pokazową burę przez telefon. Naprawdę, czasami nóż mi się otwiera w kieszeni... Ale jeszcze tak z miesiąc poczekam z dyskursem o pryncypiach i odpowiedzialności, bo teraz mam lekko kredycik zaufania nadszarpnięty :)

Z ciekawostek kulturowych: z okazji zbliżającego się końca sesji, otworzyliśmy dzisiaj z Arturem słynną Wyborową. Biedny chłopak spytał przed kolacją: - To co, wyjmę ją już może z zamrażarki, żeby się trochę ociepliła?

Nie pozwoliłam. Smakowała mu, stwierdził tylko, że mocna :D

 

wtorek, 26 stycznia 2010
Mały sekrecik

...a wręcz tajemnicyjka (bo chyba nie tajemniczka, co?). Kasia napisała wczoraj z prośbą o przenocowanie dzisiaj przed powrotem do Polski. Oczywiście obiecałam udzielenie schronienia - jeden pokój stoi pusty, chociaż czasem używają go właściciele i teoretycznie nalezy ich zawiadamiać, jeśli ktoś go zajmuje... Teoretycznie, bo przeważnie przychodzą w weekendy. A dzisiaj, proszę bardzo - Miguel o 16, a Mariona właśnie siedzi w łazience. Oczywiście ja się w końcu nie zebrałam, żeby im powiedzieć, bo by niepotrzebnie robili dziwne miny. A Kasia już w pciągu z BCN. Napięcie wzrasta, proszę państwa...

Z końcem historiii i innymi zderzeniami kultur skończyliśmy dziś. Pytanie drugie: przytocz główne tezy Huntingtona, a następnie napisz, jakie kontrargumenty wysuwa Todorov z Saidem włącznie. We troje rozłożyliśmy Samuela H. na łopatki. A co!

Jutro sprawdzian ze znajomości z panem Pla (w dwóch odsłonach: Xavier wykładowca i Josep pisarz), z Blai Bonetem i Joanem Salesem. O pani Rodoredzie wspominać nie będę, bo nasza znajomość wyraźnie wkracza już na kolejny poziom... Czyli powieść katalońska okresu powojennego pozdrawia i zaprasza, a zachęca morderczą godzina, bo o 18.

See you!

poniedziałek, 25 stycznia 2010
Spotkanie informacyjne

Jednej rzeczy nie przewidziałam: że dostaniemy te same pytania, co cała grupa dwa tygodnie temu. Powiedzmy, że na tę opcję nie przygotowywałam się jakoś specjalnie... Ale daliśmy radę, mam nadzieję :)

Poszłam dzisiaj na spotkanie infrmacyjne dla nnowych Erasmusów, a tak, w ramach obejrzenia nowych twarzy. Moje własne spotkanie przegapiłam, bo było na początku września. Czego to się nie można dowiedzieć...

Twarze polskie nowe dwie, na razie nie zawarliśmy znajomości, ale spoko grochy. I tym optymistycznym akcentem kończę ten wpis, powracając do wojny bałkańskiej i końca historii. Nie pytajcie...

niedziela, 24 stycznia 2010
Bleh

Siedzę nad stosem notatek i wściekam się na profesora, z którym mam jutro egzamin. Przedmiot nazywa się dziwnie, ale i jest dziwny... W wolnym tłumaczeniu: "Wprowadzenie do języka katalońskiego". Takie teoretyczne wprowadzenie... W związku z tym robiliśmy wszystkiego po trochu: historia języka, Katalonii, pasjonującą opowieść o tym, jak powstawały słowniki, trochę typografii, artykuł o katalońskim w anglojęzycznej encyklopedii językowej i szczegółowy wykaz części ciała. I nie wiadomo, co jeszcze. I to właśnie wkurza mnie najbardziej, bo mam ciągle wrażenie, że nic nie wiem, i że gromadzę jakiś bunch zupełnie niezwiązanych ze sobą informacji. Ani możliwości refleksji, ani powiązania niczego ze sobą... Takie wysepki. A potem na egzaminie strzeli ci pytaniem, tak jak na kartkówce: "Dlaczego poniższe daty są znaczące: 1118, 1229, 1149, 1238?".

Przy przeglądaniu notatek natomiast natknęłam się na własny przypisek (przy początkach historii Katalonii, tj. 1800 przed Chrystusem): "urny pogrzebowe (fakt kulturalny, nie lingwistyczny)". No ja myślę, że nie lingwistyczny! Przy okazji, tak, to jest ten sam profesor, który kazał nam streszczać prześladowania tydzień temu.

Naprawdę w tej perspektywie tęsknie wyglądam jutra, kiedy to będę mogła z czystym spokojem zasiąść do czytania kser o tożsamości we współczesnym świecie, na egzamin wtorkowy z kolei :)

Przy okazji, nieco z innej beczki: w piątek była impreza :) Ostatnia Erasmusowa (dla tych, co w styczniu wracają), więc poszłam. Hasło: New Year's Eve - bo każdy spędzał osobno, to teraz jest szansa spędzic razem. Nasze triumfalne okrzyki o północy przerwał strapiony sąsiad, więc wzięliśmy butelki i poszliśmy do parku :D Atrakcja wieczoru: kawałki melona pływające w wódce, zwłaszcza Włosi rzucali się na to jak szaleni.. Obserwacja wieczoru z kolei: kolejny raz przekonuję sie, że jednak to podczas alkoholizowania się okazuje sie, kto jest z jakiej części Europy... Staliśmy sobie tak z kolegą Słowakiem, i patrzyliśmy na ganiających i krzyczacych południowców z dużym rozbawieniem :) Kiedy zawartość butelek się skończyła, zawitaliśmy do Boheme. A potem do Luxu. Wróciłam do domu o 5 rano, ale z dużą satysfakcją, bo tańce były przednie. :))))

Obudziłam się w sobotę w południe i tak już siedzę dwa dni nad tymi notatkami... Aha, a te daty są znaczące, bo wtedy miały miejsce kolejne podbje korony aragońskiej, czyli rozprzestrzenianie się strefy wpływów katalońskiego... Złote lata czyli.

Psiakość!

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 7