|
|
piątek, 20 stycznia 2012
El clasico
Tytuł notki, jak niektórzy już pewnie wiedzą, nie do końca oznacza "klasyczny" i jest nie do końca uniwersalny. Na pewno nie wtedy, kiedy rozmówcy interesują się piłką nożną, "el clasico" to bowiem mecz między Realem Madryt a Barceloną. "Klasyków" w sezonie jest zwykle po kilka, a każdemu towarzyszą masowe emocje. Każdy, kto miał okazję być w Barcelonie w wieczór takiego meczu, na pewno potwierdzi - w Madrycie nie miałam okazji...
Klimat ten jest nie do przeniesienia w poznańskie realia, acz parę dni temu miałam tego posmak. Siedział mianowicie mój szef + dwóch szefów naszej firmy budowlanej przy okrągłym stoliczku na środku biura, rozstrząsając po katalońsku różne sprawy małe i duże. Rozmowa robiła się coraz bardziej luźna, aż w końcu zeszło na klasyk, który miał się rozegrać tego samego wieczoru. Panowie wymieniali uwagi pełne optymizmu (ileż to już z kolei klasyków wygrała Barca?...), aż zakłóciłam to ja, podając Manelowi jakiś ważny papier. Manel spojrzał, podziękował, a mój szef podniósł oczęta i spytał nagle:
- Agnieszka, a ty kibicujesz Barcy?
Nagła cisza, jaka zapadła po tych słowach, uświadomiła mi wagę odpowiedzi. Biedak musiał sobie uświadomić, że tego fundamentalnego pytania nie zadał mi na rozmowie kwalifikacyjnej... Skwapliwie potwierdziłam. Szef powiódł z dumą wzrokiem po obu szefach wizytujących i podsumował:
- Nasza firma kibicuje Barcy! Taka jest oficjalna linia!
sobota, 31 grudnia 2011
Po/przed
Kot już od paru godzin się nie pokazuje, ukrył się gdzieś w miejscu tak niedostępnym, że nie można go odszukać nawet celowo, w celu uspokojenia i przygłaskania. Sąsiedzi piętro wyżej zaczęli imprezę ze śpiewami już wczoraj (po pracy?), ktoś na Śląsku właśnie cieszy się, że udało mu się sprzedać nietrafiony prezent gwiazdkowy za cenę Kup Teraz.
A ja? A ja wysyłam smsy, próbując dociec opcji pisania na zniekształconym wyświetlaczu. Wyszedł ciężko ranny ze starcia z ładowarką. Some men just can't hold the arsenic... W rezultacie dziś i wczoraj siedziałam na allegro poszukując nowego modelu, co sfinalizowałam przed chwilą właśnie.
Dużo się zmieniło w tym roku, głównie w ostatnich miesiącach (ach, gdzież są ulgowe ceny biletów!). Nauczyłam się rozpoznawać rodzaje dźwigów, żądać na wszystko faktury i śledzić doniesienia prasowe na temat wieku emerytalnego, jak również postawiłam pierwsze kroki na trudnej ścieżce Zen - odmiana "Oblicz, Ile Jeszcze Masz Dni Urlopu I Nie Dziw Się, Że Wychodzi 4,99 Dnia". Z przykrością stwierdziłam też, że atrakcyjne są dla mnie sklepy typu Praktiker i Castorama. Gama ta nieustannie się rozszerza (pamiętacie jeszcze, jak kiedyś ciekawe były tylko lodziarnie???), co napawa mnie jednak pesymizmem ze względów finansowych.
Z drugiej strony, udało mi się zagrać w kilka naprawdę udanych gier - które, mam nadzieję, w miarę grania przyniosą jeszcze więcej miłych chwil. Najnowszy prezent: "Guards! Guards!", co polecam wszystkim fanom Pratchetta :)
Jestem też uboższa o parę złudzeń i przekonań, ale czy mądrzejsza przez to? "Na pewno kiedyś wyrośnie pani na wspaniałą tłumaczkę", ot co.
No więc oto uroczyście obiecuję, że WŁAŚNIE TAK. I mam zamiar zrobić wszystko, co w mojej mocy, aby to marzenie spełnić. Koniec i kropka.
Życzę wszystkim w Nowym Roku, aby mieli coś, ku czemu mogliby dążyć!
wtorek, 22 listopada 2011
Śmiesznostki
Rozradowana mina T., który otwiera mi drzwi (ja skonana po pracy, godzina 20):
- Kochanie, mięso ci już odgrzałem, a chcesz do niego makaron czy ryż? Bo wodę właśnie wstawiłem...
Plus smutny z kolei głos mojego byłego wykładowcy j. katalońskiego w słuchawce telefonu piętnaście minut wcześniej:
- Hej Agnieszka, ja też nie rozumiem, o co chodzi w tych cytatach, które mi przesłałaś z prośbą o pomoc w tłumaczeniu... Po katalońsku one też brzmią dziwnie.
Walczymy dalej :) Mój piękny nowy płaszczyk jak na razie chroni nawet przed nieuniknionym jesiennym przeziębieniem. Może to dlatego, że nie pada...
Stuk puk, odpukuję!
czwartek, 17 listopada 2011
Na placu budowy
No i z tego całego sekretarzowania wyszło tak, że obecnie mam przyspieszony kurs słownictwa specjalistycznego. Przezabawni Hiszpanie (oczywiście w większości Katalończycy) mają w Poznaniu dwie budowy, które od dwóch tygodni ogarniamy w firmie w sposób przyspieszony. Kilka anegdot:
1. Mój szef przez telefon do hiszpańskiego szefa budowy, przed ważnym spotkaniem ze stresującym panem narodowości polskiej:
- Posadźcie Agnieszkę przy tym panu, może zmięknie...
2. Wychodzimy z biura w kierunku budowy, na to właśnie ważne spotkanie. Ja do mojego szefa: - Ale tam będzie jeszcze ktoś, kto zna hiszpański?
Szef, z całym spokojem: - Nie, będziesz tłumaczką.
Ja: - Aha.
3. (anegdotka niestety tylko dla hiszpańskojęzycznych)
Javi do mnie przez telefon: - Necesito una maquina para picar.
Ja do firmy wypożyczającej sprzęt: - Potrzebujemy takiej maszyny... eee... do... dziubania?
4. Ważne spotkanie z wspomnianym groźnym panem. Otwieramy dokument w formacie cad. Javi pokazuje ikonkę programu, w której pojawia się znany budynek i mówi z dumą: - To ja budowałem.
Ja: - Co?
On: - Kojarzysz wieżowiec Agbar?
Ja: - Taaaak...
On: - No właśnie.
Ja: (oczy jak spodki)
Javi, dumnie: - I szpital Sant Pau.
Ja: - CO? [a to mój ulubiony budynek w BCN...]
Javi: - No, to też ja. To znaczy, ta nowa część.
Na szczęście ludzie, którzy odbierają telefony w różnych firmach wynajmujących sprzęt są cierpliwi, wyrozumiali i przyjmują np. zdjęcia części, co do których nie mam pojęcia, jak się nazywają po polsku ani do czego służą, ale których pilnie potrzebuję ;)))
Powoli zaczynam też przyjmować nawyk mówienia do każdego Hiszpana po katalońsku. Ich tu jest naprawdę jak mrówków :)
poniedziałek, 31 października 2011
Expander
Tydzień temu pani ortodontka (co do tej formy wciąż mam wątpliwości) nałożyła mi na zęby niebieskie gumeczki, które miały mi coś tam rozciągać. Rozciągały tak skutecznie, że od tygodnia nie zjadłam nic bardziej twardego od kanapki. Skórka od chleba, moja ulubiona jego część, przedstawiała dla mnie półgodzinną torturę i tzw. miamlanie. Cała górna szczęka była totalnie bezużyteczna z bólu przeplatanego z nieprzyjemnym swędzeniem.
Gumeczki miały mnie przygotowywać do tzw. łuku rozciągającego, który założono mi właśnie dzisiaj. Od godziny 15 zatem prozaiczna czynność odżywiania przedstawia mi się znowu z zupełnie innej perspektywy. Zęby działają, problem pojawił się nagle z połykaniem. Jeśli chodzi o mówienie, mam niespodziewany problem z samogłoską "I". Powoduje to pewną konfuzję, kiedy zdam sobie sprawę, że w środę mam kilka lekcji w szkole językowej.
Łuk mam nosić przez trzy miesiące. Pomyślę o tym jutro.
Z innej beczki: czy ktoś ze znajomych fantastów zapoznał się z cyklem Shannary Terry'ego Brooksa? Czytam pierwszy tom i sama nie wiem, co myśleć...
sobota, 08 października 2011
Zębowo-pracowo
To tak już bywa przeważnie, że jak się narzeka na nadmiar wolnego czasu, to właśnie coś takiego się szykuje, co ci ten czas skutecznie odbierze. W moim przypadku, po krótkim okresie wysyłania cv na ogłoszenia na praca.pl, przeznaczenie dało o sobie znać telefonem w następny czwartek po ostatniej notce. Dzwoniła moja pracodawczyni z jednej ze szkół językowych, mówiąc, że słyszała, że szukam pracy, a jej znajomy Katalończyk właśnie wspominał, że szuka pracownika...
No i oto pracuję sobie na pół etatu w firmie hiszpańsko-polskiej, pomagającej firmom hiszpańskim odnaleźć się w polskiej rzeczywistości prawnej, podatkowej itp. Moje stanowisko to oficjalnie sekretarka z obowiązkami tłumacza, co mnie cieszy niezmiernie z uwagi na swoją wieloznaczność. W dodatku tylko ja w firmie mówię po katalońsku, więc mamy z szefem tajny język komunikacji ;)
Jest zabawnie, a czasu coś nagle zaczęło brakować... Pomiędzy lekcjami w szkole a codziennym biurwowaniem, ożywiła się też Fundacja.
A i sprawa mojego aparatu na zęby zaczęła iść do przodu: sukcesywnie pozbywam się kolejnych przeszkadzających ósemek. Pan doktor o strasznej specjalizacji chirurga dentystycznego, podobny do Quentina Tarantino, ale z łagodnym brązowym wejrzeniem, wyrwał mi już trzy ząbki, w tym dwa wczoraj, za jednym zamachem. Procedura zakładania aparatu rozciąga się tym samym w nieokreśloną przyszłość - załatwiam to od lipca, a mam wrażenie, że to chyba nigdy nie nastąpi... Już nie mówiąc o tym, ile mnie ta impreza kosztuje.
Poza tym, zapowiada się pomyślny epizod tłumaczeniowy :)
Ogólnie pozytyw! Mimo bolących miejsc po zębach i dwóch szwów wysyłam wszystkim naprawdę dobre fluidy :)))
piątek, 02 września 2011
Chleb z bigosem, czyli zajmowanie czasu :)
Z racji tego, że dysponuję na razie sporą ilością wolnego czasu, założyłam bloga nr 2. Oto on:
www.pa-amb-bigos.blogspot.com
Zobaczymy, jak działa blogspot - na razie jest OK :)
A tematem bloga ma być kultura katalońska w Polsce - dla laików, sympatyków, zaawansowanych i Katalończyków. A jest ich tutaj całkiem sporo!
Zainteresowanych zachęcam. No i... jakbyście wiedzieli o kimś zainteresowanym potencjalnie, bardzo proszę o szepnięcie przyjaznego słówka :)
środa, 24 sierpnia 2011
Luxe
W ramach odpoczynku pofestiwalowego (który okazał się bardzo ciekawy, acz nieco zbyt angażujący) wybrałam się na tydzień autokarem do Niemiec. W mieście Trier (po polsku Trewir) zamieszkuje bowiem jedna z moich najbliższych koleżanek. Zamieszkuje bynajmniej nie z upodobania, tylko z powodu trzymiesięcznych praktyk w oddalonym o 40 min jazdy pociągiem Luksemburgu. A ponieważ zawsze ciekawią mnie miejsca inne i odległe, wykorzystałam okazję.
Luksemburg jest państwem, którego obszar niewiele wykracza ponad Luksemburg-city, stolicę. W zasadzie mówimy o jednym mieście i sypialniach. Samo miasto, siedziba światowej finansjery i Unii Europejskiej, przytłacza disneyowością widoczków i wszędzie widocznymi pieniędzmi. U nas na skwerku, rzucona niedbale, leżałaby plastikowa torebka. Tam, metka od Chanel. Przykład autentyczny.
Z cyklu przygody filologa: istnieje język luksemburski :) Posługują się nim jednak przeważnie tylko rodowici mieszkańcy, a większość sklepów i restauracji ma raczej opisy po francusku i/lub niemiecku. Większość mówi też po angielsku.
Z cyklu przygody Oli na uchodźstwie: piękny pan w pociągu. Ola, jak już wspomniałam, pokonuje trasę Trier-Luksemburg dwa razy dziennie, i spotyka tam różnych ludzi, mnie lub bardziej ciekawych. Do tych bardziej ciekawych należał pewien pan, który do złudzenia przypominał naszego Anioła Stróża z Malagi: tak samo przystojny, pięknie ubrany i pachnący, z ładnym zegarkiem, butami i nie wiem czym jeszcze. Pan stał się obiektem tęsknych westchnień Oli, aż nadarzyła się okazja... Przechodził obok niej. Jednak nieszczęśliwie nastąpiło to właśnie w momencie, kiedy ona uznała, że czas na drugie śniadanie, i podnosiła do ust kanapkę... Z pasztetem.
Rola pasztetu zresztą, jako elementu wybitnie destabilizującego podróż jakimkolwiek środkiem transportu, powinna zostać dogłębnie przeanalizowana. Jako kolejny przykład mogę podrzucić licealną podróż autokarem do Francji, kiedy to inna moja koleżanka w środku nocy zrobiła się głodna i wyjęła kanapkę. Po pierwszym kęsie zapach przysmaku obudził pół autokaru.
Sztraszny pasztet.
czwartek, 04 sierpnia 2011
Szkło
Jak już wspomniałam w poprzedniej notce, opiekuję się teraz domem rodziców przez dwa tygodnie. Mam podlewać kwiatki (i pomidory!), wietrzyć, wystawiać śmieci przed dom, itd. A także zająć się szkłem.
Szkło to dwie płyty, co do których moi rodzice mają wielkie plany. Chcą mianowicie zlecić na nich namalowanie czegoś (kwiatów chyba) i powiesić następnie przy oknach na parterze - żeby nie wystawiać się na spojrzenia z ulicy, a uniknąć rolet. Pomysł ciekawy i oryginalny. A także dość skomplikowany logistycznie. Potrzebne są dwa elementy: szkło oraz artyst(k)a. Szkło imputuje element trzeci, czyli szklarza. Pozostają do rozwiązanie kwestie logistyczne, i tu właśnie wkraczam ja.
Tata szkło zamówił, szklarz wymierzył i wykonał. Umówili się na dostawę do domu. W tym momencie pojawiają się plany wakacyjne rodziców, którzy wyjeżdżają na rowery. Ponieważ najlepiej by było, aby pomysł od realizacji był jak najmniej oddalony czasowo, rolę przekaźnika przejmuję ja. Mam w poniedziałek czekać na szklarza, zapłacić mu i zaraz po odbiorze dzwonić do artystki, aby wpadła odebrać materiał twórczy.
W poniedziałek po południu chodzę nerwowo po domu. Przed wyjazdem do Poznania, gdzie mam następnego dnia od rana plany, powstrzymuje mnie tylko zapowiedziana wizyta szklarza. Zmęczona chodzeniem, dzwonię na podany numer. Głos męski w słuchawce jest nieludzko zdumiony i mówi, że szkło leży u nich już zrobione już z dobry tydzień, na konkretny dzień dostawy się nie umawiał, a już na pewno nie będzie to dzisiaj, gdyż "są" jeszcze na urlopie. Klnąc w duchu wszelką organizację, życzę mu miłej reszty urlopu i obiecuję zadzwonić w środę po 12. Wyraźnie zaskoczony głos męski dziękuje, obniżając lekko tembr.
W środę po południu ja pracuję, ale i tak usiłuję się ponownie dodzwonić przed pracy rozpoczęciem, tj. przed 16. Numer nie odpowiada, dzwoni do mnie za to w czasie lekcji. Oczywiście nie odbieram. Dzwonię za to po skończeniu, tj. koło 18.30. Głos męski można określić tylko jako zaspany. Nie spał od dwóch nocy, zwierza mi się. Mam zadzwonić jutro, bo on teraz z tej rozmowy nic nie będzie pamiętał. Nieco zaskoczona tempem, z jakim drobni przedsiębiorcy wracają do pracy po urlopie, umawiam się na telefon w czwartek o 13. Życzę mu grzecznie dobrej nocy, znów w odpowiedzi uzyskując coś w rodzaju pomruku.
Dziś o 13 wreszcie udało się umówić na dostarczenie płyt. Głos męski w słuchawce poprosił mnie najpierw o opisanie drogi na Gołębią. Wysilam moją wiedzę topograficzną i pamięć, udzielam maksymalnie precyzyjnych informacji, po czym zostaję zbita z pantałyku uspokajającym w zamierzeniu stwierdzeniem "A, to wiem, tam gdzie szpital". Macham rozpaczliwie rękami w sposób wyczuwalny nawet przez telefon i tłumaczę jeszcze raz, że szpital to zaiste po drugiej stronie miasteczka... "Aha", mówi głos męski, ale i to mnie nie uspokaja po wpadce ze szpitalem, i w oczekiwaniu na zagubiony telefon przygotowuję sobie mapę okolicy na tzw. podorędziu. Jednak ku mojemu zaskoczeniu następny komunikat od pana brzmi: "No, jestem na Gołębiej. Jaki to był numer?".
Głos męski nosił ciemne okulary. Wniósł płyty do domu, jeszcze mi w komórce pokazał dokładnie w mailu, ile mam mu zapłacić, skasował wyznaczoną kwotę i pojechał. Na pożegnanie on z kolei życzył mi miłego wieczoru, znowu obniżając tembr.
Reasumując, mam nadzieję, że artystka, która zapowiedziała się na jutro, okaże się bardziej ogarnięta. I pozostanę już pewnie z wątpliwością, czy pan ma po prostu taką manierę rozmowy, czy też był to flirt telefoniczny ;)
piątek, 29 lipca 2011
Fucha
Tak to już jest: nudzisz się przez miesiąc i już z nudow co drugi dzień zmieniasz kolor paznokci, aż tu nagle nad tobą wybucha wielki balon z wodą, i wszystko zaczyna dziać się naraz.
Tak i u mnie, po okresie bezruchu (poza kolorowym, intensywnym i zupełnie z innego świata tygodniem w Rzymie) nastąpiła wzmożona aktywność. Kilka miesięcy temu, przerażona moim brakiem planów na wakacje, zastanawiałam się nad zgłoszeniem jako wolontariuszka na Transatlantyk - z ciekawości, co też ta nowa impreza będzie sobą reprezentowała. Wypełniłam formularz na stronie, ale trzeba było jeszcze osobno dosłać cv, coś mnie rozproszyło... I zupełnie nie pamiętam, czy je wysłałam w końcu, czy nie. Okazało się w ostatni czwartek, że jednak tak.
Obecnie z drżeniem czekam wtorku i spotkania organizacyjnego, bo jest więcej niż prawdopodobne, że festiwal będzie mi kolidował z:
- zaplanowanym dwa miesiące temu dwudniowym spotkaniem moich kochanych hispanistów w Puszczykowie,
- pracą (co prawda przez dwa popołudnia w tygodniu, ale zawsze),
- fuchą. Fucha jest o tyle ciekawa, że jest "na wczoraj", a obejmuje, w skrócie rzecz biorąc, pisanie tekstów o wielkopolskiej kuchni regionalnej. Jakby ktoś wobec tego poczuł nagłą ciekawość np. w kwestii miodówki czy świni złotnickiej, służę informacją ^_^
No i do tego dochodzi jeszcze opieka nad Zameczkiem, czyli domem rodziców w Puszczy właśnie. Z naciskiem na podlewanie pomidorów (!) i terminowe wystawianie śmieci przed płot. Rodzice bujają na rowerach. A jeszcze przyjedzie brat z Kaliną, co na szczęście wypadnie jakoś między jednym a drugim małym pandemonium.
Do tego drobne robótki fundacyjne.
No i jeszcze rozmowa kwalifikacyjna... Ale tu cicho, coby nie zapeszyć :)
Dzieje się :)))
|