sobota, 28 kwietnia 2012
Antonio Barcelona Carmen

...czyli wstępik do szkolenia lotniczego. Jestem oto po pierwszych trzech dniach szkolenia i na razie wiedza, jaką mam ogarnąć, jest całkiem ciekawa i przydatna (a na razie wchłaniam ją raczej z perspektywy pasażera, pewnie później to się zmieni...). Potwierdziło się, że najlepiej kupować bilety 15-20 tygodni przed lotem: do zapamiętania! Poza tym kody lotnisk (kto, ja się pytam, wpadł na to, żeby lotnisko w Almerii miało kod LEI???), restrykcje bagażowe czy alfabet lotniczy. To ostatnie, znane z filmów, ma kilka wersji językowych - co w sumie jest logiczne, ale jakoś nie pomyślałam o tym wcześniej. Początek po hiszpańsku jest właśnie taki, jak tytuł tego posta. Jedyne, co mnie tam boli, to literka G: Gerona :( Prawidłowa, rdzenna nazwa tego miasta to Girona, nigdy mi się ta hiszpańska wersja z "e" nie spodoba i tyle! Bezczelni Hiszpanie. Tak jakby nie mieli tylu słów na "ge", które mogłyby zaistnieć w alfabecie...

No ale nic. Wchłaniam, uczę się i z wolna przyzwyczajam do 8-godzinnego dnia pracy. Pogoda w Poznaniu ostatnio przepiękna, więc rowerem jeździ się wspaniale!

Tylko zęby bolą, bowiem moja przemiana w cyborga postępuje: wczoraj pani ortodontka zainstalowała mi na zębach dodatkową sprężynkę :D W czerwcu druciki na drugą szczękę...

wtorek, 24 kwietnia 2012
Ostatni taki poranek

A zatem doszło do tego, że dziś mój ostatni bezrobotny poranek. Jutro zaczynam płatne, sześciotygodniowe szkolenie na specjalistę ds. obsługi niepełnosprawnych pasażerów EasyJet. Czarny sen filologa, czyli obcojęzyczne call center. Nie jest to szczyt marzeń, miałam nadzieję na coś lepszego, ale spójrzmy prawdzie w oczy: ciągły kontakt z językiem, umowa o pracę, niezłe pieniądze i siedziba na Kaponierze - w takich warunkach warto chociaż spróbować. Czyż nie?

Pozytyw na pewno jest taki, że rozpoczynam karierę cyklistki po Poznaniu. Przypadkowo zbiegło się to z uruchomieniem Poznańskiego Roweru Miejskiego - inicjatywa ze wszech miar słuszna i może wpłynie na wydłużenie ścieżek rowerowych... W każdym razie ja swój stary rowerek wreszcie w niedzielę przyprowadziłam z Puszczykowa, wczoraj dokupiłam lampki i blokadę, i mam nadzieję, że trochę sobie na nim pojeżdżę i żaden wredny rowerozłodziej nie pozbawi mnie złudzeń zbyt szybko. Cel: do pracy rowerem.

A tak na marginesie: zapraszam do lektury i uczestnictwa w inicjatywie, którą się ostatnio zajmuję w Fundacji, tj. Dyskusyjnym Klubie Książki. Oto nasz blog:

www.dkksfera.wordpress.com

czwartek, 29 marca 2012
Uroki życia bezrobotnego

A więc przede wszystkim poranki. Spokojne picie kawy w uprzątniętej kuchni - telefon cały czas przy mnie, jakby miał dzwonić jakiś rekruter. Ale raczej nie dzwoni. Potem podlewanie kwiatów, rzut oka na pralkę: dzisiaj pranie czy jutro? Niespieszne sprzątanie, z telefonem w kieszeni. Z każdą chwilą rośnie ilość ogłoszeń do przejrzenia, taką mam nadzieję.

Potem ewentualnie wyprawa do biblioteki, gdzie już mnie znają, i jakiś kolejny Pratchett, Lem czy Coetzee. Dzisiaj było to podwójnie ekscytujące, bo szłam w nowych butach - i już wstępnie wiem, gdzie będą mnie obcierać.

Potem komputer, telefon po lewej stronie na biurku. Herbata. 4-7 portali z ofertami pracy, 2-4 wysłanych CV. Szybkie przeróbki, dopisywanie adekwatnego celu kariery czy wciskanie umiejętności wymaganych w ofercie. Kot na kolanach.

Zaczynam powoli myśleć o obiedzie. Potem jem, przebieram się i wychodzę do szkoły. Po drodze słucham muzyki z telefonu - jest to gwarancja, że usłyszę, jeśli ktoś zadzwoni. Ale raczej nie dzwoni.

poniedziałek, 12 marca 2012
Takie czasy...

No cóż, było się wyjątkiem posiadającym pracę na etacie z codziennym użyciem hiszpańskiego i katalońskiego. Było się, pobyło i już się nie jest. Jest się teraz żywym przykładem zastosowania zasady lifo, czyli last in, first out.

Tak więc spędzam teraz przedpołudnia na portalach z ofertami pracy i wysyłam CV. Sprzątam też i gotuję od przypadku do przypadku (rosół właśnie dochodzi). Na szczęście mam jeszcze moją niezawodną szkołę językową w Luboniu, co mnie ratuje przed zgnuśnieniem totalnym :)

Ale generalnie, nie za fajnie jest :/

piątek, 20 stycznia 2012
El clasico

Tytuł notki, jak niektórzy już pewnie wiedzą, nie do końca oznacza "klasyczny" i jest nie do końca uniwersalny. Na pewno nie wtedy, kiedy rozmówcy interesują się piłką nożną, "el clasico" to bowiem mecz między Realem Madryt a Barceloną. "Klasyków" w sezonie jest zwykle po kilka, a każdemu towarzyszą masowe emocje. Każdy, kto miał okazję być w Barcelonie w wieczór takiego meczu, na pewno potwierdzi - w Madrycie nie miałam okazji...

Klimat ten jest nie do przeniesienia w poznańskie realia, acz parę dni temu miałam tego posmak. Siedział mianowicie mój szef + dwóch szefów naszej firmy budowlanej przy okrągłym stoliczku na środku biura, rozstrząsając po katalońsku różne sprawy małe i duże. Rozmowa robiła się coraz bardziej luźna, aż w końcu zeszło na klasyk, który miał się rozegrać tego samego wieczoru. Panowie wymieniali uwagi pełne optymizmu (ileż to już z kolei klasyków wygrała Barca?...), aż zakłóciłam to ja, podając Manelowi jakiś ważny papier. Manel spojrzał, podziękował, a mój szef podniósł oczęta i spytał nagle:

- Agnieszka, a ty kibicujesz Barcy?

Nagła cisza, jaka zapadła po tych słowach, uświadomiła mi wagę odpowiedzi. Biedak musiał sobie uświadomić, że tego fundamentalnego pytania nie zadał mi na rozmowie kwalifikacyjnej... Skwapliwie potwierdziłam. Szef powiódł z dumą wzrokiem po obu szefach wizytujących i podsumował:

- Nasza firma kibicuje Barcy! Taka jest oficjalna linia!

sobota, 31 grudnia 2011
Po/przed

Kot już od paru godzin się nie pokazuje, ukrył się gdzieś w miejscu tak niedostępnym, że nie można go odszukać nawet celowo, w celu uspokojenia i przygłaskania. Sąsiedzi piętro wyżej zaczęli imprezę ze śpiewami już wczoraj (po pracy?), ktoś na Śląsku właśnie cieszy się, że udało mu się sprzedać nietrafiony prezent gwiazdkowy za cenę Kup Teraz.

A ja? A ja wysyłam smsy, próbując dociec opcji pisania na zniekształconym wyświetlaczu. Wyszedł ciężko ranny ze starcia z ładowarką. Some men just can't hold the arsenic... W rezultacie dziś i wczoraj siedziałam na allegro poszukując nowego modelu, co sfinalizowałam przed chwilą właśnie.

Dużo się zmieniło w tym roku, głównie w ostatnich miesiącach (ach, gdzież są ulgowe ceny biletów!). Nauczyłam się rozpoznawać rodzaje dźwigów, żądać na wszystko faktury i śledzić doniesienia prasowe na temat wieku emerytalnego, jak również postawiłam pierwsze kroki na trudnej ścieżce Zen - odmiana "Oblicz, Ile Jeszcze Masz Dni Urlopu I Nie Dziw Się, Że Wychodzi 4,99 Dnia". Z przykrością stwierdziłam też, że atrakcyjne są dla mnie sklepy typu Praktiker i Castorama. Gama ta nieustannie się rozszerza (pamiętacie jeszcze, jak kiedyś ciekawe były tylko lodziarnie???), co napawa mnie jednak pesymizmem ze względów finansowych.

Z drugiej strony, udało mi się zagrać w kilka naprawdę udanych gier - które, mam nadzieję, w miarę grania przyniosą jeszcze więcej miłych chwil. Najnowszy prezent: "Guards! Guards!", co polecam wszystkim fanom Pratchetta :)

Jestem też uboższa o parę złudzeń i przekonań, ale czy mądrzejsza przez to? "Na pewno kiedyś wyrośnie pani na wspaniałą tłumaczkę", ot co.

No więc oto uroczyście obiecuję, że WŁAŚNIE TAK. I mam zamiar zrobić wszystko, co w mojej mocy, aby to marzenie spełnić. Koniec i kropka.

Życzę wszystkim w Nowym Roku, aby mieli coś, ku czemu mogliby dążyć!

wtorek, 22 listopada 2011
Śmiesznostki

Rozradowana mina T., który otwiera mi drzwi (ja skonana po pracy, godzina 20):

- Kochanie, mięso ci już odgrzałem, a chcesz do niego makaron czy ryż? Bo wodę właśnie wstawiłem...

Plus smutny z kolei głos mojego byłego wykładowcy j. katalońskiego w słuchawce telefonu piętnaście minut wcześniej:

- Hej Agnieszka, ja też nie rozumiem, o co chodzi w tych cytatach, które mi przesłałaś z prośbą o pomoc w tłumaczeniu... Po katalońsku one też brzmią dziwnie.

Walczymy dalej :) Mój piękny nowy płaszczyk jak na razie chroni nawet przed nieuniknionym jesiennym przeziębieniem. Może to dlatego, że nie pada...

Stuk puk, odpukuję!

czwartek, 17 listopada 2011
Na placu budowy

No i z tego całego sekretarzowania wyszło tak, że obecnie mam przyspieszony kurs słownictwa specjalistycznego. Przezabawni Hiszpanie (oczywiście w większości Katalończycy) mają w Poznaniu dwie budowy, które od dwóch tygodni ogarniamy w firmie w sposób przyspieszony. Kilka anegdot:

1. Mój szef przez telefon do hiszpańskiego szefa budowy, przed ważnym spotkaniem ze stresującym panem narodowości polskiej:

- Posadźcie Agnieszkę przy tym panu, może zmięknie...

2. Wychodzimy z biura w kierunku budowy, na to właśnie ważne spotkanie. Ja do mojego szefa: - Ale tam będzie jeszcze ktoś, kto zna hiszpański?

Szef, z całym spokojem: - Nie, będziesz tłumaczką.

Ja: - Aha.

3. (anegdotka niestety tylko dla hiszpańskojęzycznych)

Javi do mnie przez telefon: - Necesito una maquina para picar.

Ja do firmy wypożyczającej sprzęt: - Potrzebujemy takiej maszyny... eee... do... dziubania?

4. Ważne spotkanie z wspomnianym groźnym panem. Otwieramy dokument w formacie cad. Javi pokazuje ikonkę programu, w której pojawia się znany budynek i mówi z dumą: - To ja budowałem.

Ja: - Co?

On: - Kojarzysz wieżowiec Agbar?

Ja: - Taaaak...

On: - No właśnie.

Ja: (oczy jak spodki)

Javi, dumnie: - I szpital Sant Pau.

Ja: - CO? [a to mój ulubiony budynek w BCN...]

Javi: - No, to też ja. To znaczy, ta nowa część.

Na szczęście ludzie, którzy odbierają telefony w różnych firmach wynajmujących sprzęt są cierpliwi, wyrozumiali i przyjmują np. zdjęcia części, co do których nie mam pojęcia, jak się nazywają po polsku ani do czego służą, ale których pilnie potrzebuję ;)))

Powoli zaczynam też przyjmować nawyk mówienia do każdego Hiszpana po katalońsku. Ich tu jest naprawdę jak mrówków :)

poniedziałek, 31 października 2011
Expander

Tydzień temu pani ortodontka (co do tej formy wciąż mam wątpliwości) nałożyła mi na zęby niebieskie gumeczki, które miały mi coś tam rozciągać. Rozciągały tak skutecznie, że od tygodnia nie zjadłam nic bardziej twardego od kanapki. Skórka od chleba, moja ulubiona jego część, przedstawiała dla mnie półgodzinną torturę i tzw. miamlanie. Cała górna szczęka była totalnie bezużyteczna z bólu przeplatanego z nieprzyjemnym swędzeniem.

Gumeczki miały mnie przygotowywać do tzw. łuku rozciągającego, który założono mi właśnie dzisiaj. Od godziny 15 zatem prozaiczna czynność odżywiania przedstawia mi się znowu z zupełnie innej perspektywy. Zęby działają, problem pojawił się nagle z połykaniem. Jeśli chodzi o mówienie, mam niespodziewany problem z samogłoską "I". Powoduje to pewną konfuzję, kiedy zdam sobie sprawę, że w środę mam kilka lekcji w szkole językowej.

Łuk mam nosić przez trzy miesiące. Pomyślę o tym jutro.

Z innej beczki: czy ktoś ze znajomych fantastów zapoznał się z cyklem Shannary Terry'ego Brooksa? Czytam pierwszy tom i sama nie wiem, co myśleć...

sobota, 08 października 2011
Zębowo-pracowo

To tak już bywa przeważnie, że jak się narzeka na nadmiar wolnego czasu, to właśnie coś takiego się szykuje, co ci ten czas skutecznie odbierze. W moim przypadku, po krótkim okresie wysyłania cv na ogłoszenia na praca.pl, przeznaczenie dało o sobie znać telefonem w następny czwartek po ostatniej notce. Dzwoniła moja pracodawczyni z jednej ze szkół językowych, mówiąc, że słyszała, że szukam pracy, a jej znajomy Katalończyk właśnie wspominał, że szuka pracownika...

No i oto pracuję sobie na pół etatu w firmie hiszpańsko-polskiej, pomagającej firmom hiszpańskim odnaleźć się w polskiej rzeczywistości prawnej, podatkowej itp. Moje stanowisko to oficjalnie sekretarka z obowiązkami tłumacza, co mnie cieszy niezmiernie z uwagi na swoją wieloznaczność. W dodatku tylko ja w firmie mówię po katalońsku, więc mamy z szefem tajny język komunikacji ;)

Jest zabawnie, a czasu coś nagle zaczęło brakować... Pomiędzy lekcjami w szkole a codziennym biurwowaniem, ożywiła się też Fundacja.

A i sprawa mojego aparatu na zęby zaczęła iść do przodu: sukcesywnie pozbywam się kolejnych przeszkadzających ósemek. Pan doktor o strasznej specjalizacji chirurga dentystycznego, podobny do Quentina Tarantino, ale z łagodnym brązowym wejrzeniem, wyrwał mi już trzy ząbki, w tym dwa wczoraj, za jednym zamachem. Procedura zakładania aparatu rozciąga się tym samym w nieokreśloną przyszłość - załatwiam to od lipca, a mam wrażenie, że to chyba nigdy nie nastąpi... Już nie mówiąc o tym, ile mnie ta impreza kosztuje.

Poza tym, zapowiada się pomyślny epizod tłumaczeniowy :)

Ogólnie pozytyw! Mimo bolących miejsc po zębach i dwóch szwów wysyłam wszystkim naprawdę dobre fluidy :)))

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 15